- Co znaczy kochać, tatusiu?
- Jak to? Nie wiesz? Nie kochasz nikogo?
- Nie.
- A co ze mną?
- Oj, tato, ale przecież to się nie liczy...
- Miłość ma różne oblicza, kochanie. I żadne nie ma mniejszej lub większej wartości od innych. Zapamiętaj to.
- Ale co znaczy kochać w takim razie?
- Kochać...to stracić wszystko...
- Ale...
- I być szczęśliwym.
Echo głosu taty powoli ulatniało się z mojego ciała. Podobnie jak krew i część jakiś istotnych narządów.
Przykre skutki ćwiczenia skoków na główkę z najwyższych budowli Ameryki.
- Lisso, już możesz otworzyć oczy i ponownie spróbować udzielić odpowiedź na moje pytanie – poinformowała mnie Neftyda znużonym głosem. Posłuchałam jej niechętnie.
- Miłość to na pewno nie, palenie się żywcem w zabarykadowanym żłobku pełnym niemowląt – zaczęłam schrypniętym głosem. Moje płuca zaczynały znowu funkcjonować, byłam w stanie oddychać. Jedyną dobrą rzeczą w snach o ginięciu śmiercią męczeńską jest samoregeneracja. Najgorszą? Jak już wspomniałam wcześniej – palenie się żywcem w zabarykadowanym żłobku. Pełnym niemowląt. Właśnie taką próbę przygotowała dla mnie ostatnio Neftyda. I, tak. Wtedy właśnie przekonałam się, że to nie jest definicją miłości.
To teraz może krótkie wyjaśnienia, dlaczego śniło mi się kolejno: przenoszenie osób niepełnosprawnych przez rzekę (pełną krokodyli), zatrzymywanie tornado pędzącego na sierociniec, płonący żłobek, wyprowadzenie moich przyjaciół z ogrodu( pełnym ludziożernych roślinek) i ten dzisiejszy, o moim tacie, spadającym z różnych, wysokich, budynków...
Neftyda, wszechpotężna, egipska bogini rzeczna i przy okazji moja współlokatorka umysłu, uznała, że w moim życiu brakuje równowagi. No bo jak to za dnia życie w świecie zbliżającej się apokalipsy i nocny spokój? Tak więc, żeby nie marnować mojego czasu na coś tak nieprzydatnego jak sen uznałam, że będę odbywać „treningi”. Mają mnie one przygotować..właśnie, nie wyjawiła mi do czego. Jedno wiem – do niczego przyjemnego, wnioskując po charakterze przygotowań.
I zawsze zadawała mi na koniec to samo cholerne pytanie.
- Czym jest miłość?
I tym razem miałam zamiar udzielić jej tą cholerną odpowiedź.
- Utratą wszystkiego – powtarzałam słowa wypowiedziane przez mojego tatę dziesięć lat temu – I bycie szczęśliwym.
Patrzyła na mnie w milczeniu. Ciężko mi było stwierdzić jak ocenia moja odpowiedź. Czy udało mi się? Trafiłam w sedno? Czy jest w stanie wymyślić coś gorszego niż skok na główkę z Statuy Wolności?
- A więc jednak-wiesz – nie odczuwałam żadnej ulgi, czułam, że zbliża się coś gorszego – Ale nie rozumiesz.
- W sensie? - teraz, gdy moje kończyny były na swoim miejscu, pod odpowiednim kontem w dodatku, czułam, że byłabym w stanie zrobić dużo. A już na pewno w zakresie moich możliwości byłoby rozkwaszenie nosa pewnej, denerwującej bogini.
- Za dużo myślisz, Lisso.
- W sensie? - nie wysilałam na ambitniejszą odpowiedź, Byłam zbyt bardzo zmęczona.
- Miłość nie polega na myśleniu ani zdrowemu rozsądkowi.
Przed oczami stanął mi wizerunek mojej matki, Afrodyty.
- Coś w tym jest – przyznałam.
I wtedy, bez żadnego ciągu przyczynowo-skutkowego, oznajmiła mi:
- To nasz ostatnie spotkanie przed wielką bitwą.
- Czekaj, masz na myśli, że na śniadaniu skończą się naleśniki, czy tą z Chao...
Nie dokończyłam zdania. Znów byłam w namiocie, na swoim posłaniu.
Nade mną stała Sadie.
- Słuchaj, nie chciałabyś się może ze mną wybrać na zwiady?
Rozdział nie poraża długością ani poziomem - wiem. Ale w następnym postaram się wrócić do formy, ni i postaram się, żeby był w miarę prędko :) Dzięki, że ze mną jesteście i zapraszam do śledzenia losów Sally i Posejdona na wattpadzie ;)
Do następnego rozdziału.
Aria
sobota, 25 czerwca 2016
piątek, 3 czerwca 2016
Rozdział
Nie pojawi się do wakacji. Wiem, zawalam, przepraszam.
Ale to już ostatnia prosta i naprawdę nie mogę schrzanić ocen.
Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze jest
Aria
Ale to już ostatnia prosta i naprawdę nie mogę schrzanić ocen.
Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze jest
Aria
piątek, 6 maja 2016
sobota, 30 kwietnia 2016
Rozdział XVI - Perpsektywa Leny - Zostawcie moją siostrzenice, weźcie mnie....a jak koniecznie już ktoś musi zginąć, to weźcie Percy'ego
Wiecie co jest dobre w byciu złym? Odpowiednio – nie za mocno i nie za słabo – przypieczony bekon na jajkach sadzonych na śniadanie. I to, że możesz je zjeść razem z przyjaciółką.
- Lena...może po prostu oszczędzę wszystkie masarnie świata zamiast twojej rodziny? - zaproponowała Marica z rozbawieniem przyglądając się mojemu obżarstwu/spełnieniu podstawowych potrzeb fizjologicznych (skreślić niepotrzebne). Przełknęłam mieszaninę mięsa, jajka i grzanki, chwilę nacieszyłam się ich cudownym posmakiem i zdałam sobie sprawę, że może jednak wypadałoby, by ją wyprowadzić z błędu albo przynajmniej wprowadzić ją w błąd, że popełniła błąd. Nabrałam powietrza w płuca, unosząc przy tym serdeczny palec do góry...
- W masarniach robi się mięso, tak? - upewniłam się. Zobaczywszy wyraz jej twarz, mówiący o tym, że nie do końca wie, czy śmiać się czy płakać, przez chwilę byłam sobie w stanie wyobrazić, że nadal jest tą samą dwunastolatką, która patrzy na mnie podobnie zza niedopasowanych, bo zsuwających się aż na czubek nosa, okrągłych okularów. Z trudem upomniałam się, że to nie ona. To nie jest Marica, tylko pusty manekin w rękach Chaosu, mający jedynie jej twarz. Jednak ciężko było mi mieć niezachwianą pewność, kiedy po głowie w ciąż kołatało się to samo pytanie, nie dające mi spokoju, nawet na chwilę: skoro tak, to czemu mnie jeszcze nie zabiła?
- Kusząca propozycja – uznałam – Ale skoro już zostałam półboskim Anakinem Skylwakerem, to chciałabym mieć jakieś powody.
Uśmiechnęła się, a w jej oczach pojawiły się przekorne ogniki.
- Władza, bogactwo, cały świat u twych stóp...Jest wiele powodów, Lena. Możesz w nich przebierać dowolnie – zauważyła.
- Szlachetne powody – poprawiłam – Ochrona rodziny i przyjaciół wypada, w każdym razie według społeczeństwa, wyżej w rankingu ….yyy, to znaczy wypadałaby wyżej gdyby taki istniał, niż obrona bekonu..chociaż może niewiele wyżej – dodałam po chwili namysłu z nadzieją. Parsknęła śmiechem, ale jakby wymuszonym. Chyba łatwiej by jej było przystać na ocalenie dla mnie kilkunastu kilogramów mięsa niż moich bliskich. Ta myśl przypomniała mi o czymś.
- Annabeth – wyrwało mi się zanim zdążyłam ugryźć się w język. Marica wsparła podbródek na splecionych dłoniach, ale nic nie powiedziała. Czekała na mój kolejny ruch. Zdążyłam zadźgać widelcem kilka steków i zmienić je w nieokreśloną papkę, aż w końcu wzięłam głębszy wdech i zapytałam:
- O co z nią chodzi? Dlaczego właśnie ją chcecie zabić...?
- Chcemy – poprawiła mnie łagodnie – Teraz jesteś z nami, Lena.
Jej uśmiech pełen satysfakcji wyraźnie miał mi zakomunikować, że bardzo się cieszy, że nie będzie musiała sama przyglądać się destrukcji świata. Takie chwilę przecież trzeba dzielić z najlepszą przyjaciółką!
- Jeszcze nie – zaoponowałam chłodno – Najpierw wyjaśnienia. O co ci chodzi z Annabeth? Uśmiechnęła się słabo.
- Nie, Annabeth, tylko...jej dziecko. A konkretnie, syn lub córka twojego brata, urodzone przez nią. To właśnie ich potomek...nie ma prawa powstać.
W takich momentach, moich drodzy, jak ten, nie zważając powinniśmy zakasać rękawy i najskuteczniejszymi, znanymi od zarania dziejów metodami wyperswadować, choćby krzywe przycięcie złocistych loczków mojej Annarcy. Jednak wystarczała chwila zawahania, żebym się powstrzymała. „Nie ma prawa powstać”. A Annarcy, jak najbardziej, powstała, więc słowa Marici zabrzmiały zupełnie tak jakby...dziewczyna o tym nie wiedziała.
- Lena? - musiałam się porządnie zamyślić i tym samym zaniepokoić ją. Taki stan mógł oznaczać u mnie poważne choroby rozdwojenia jaźni lub zaniku osobowości.
- Hm? - wepchnęłam w siebie ostatnie jajko, żeby chwilowo uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzi.
- Powiedz coś – poprosiła, szybko dodając – Ale najpierw przełknij. Uwierz mi, już parę razy widziałam jak jednocześnie próbujesz jeść i mówić, i wolałabym już tego nigdy nie oglądać. Ani nie być w...bezpośredni kontakcie – wzdrygnęła się.
Z trudem powstrzymałam się od splunięcia Marice w twarz jajkiem jednocześnie z głośnym „Ej! Wcale nie pluję jak jem!”, ale nie wiedziałam w jakim stopniu Chaos opanował jej duszę oraz na ile toleruje przeżute przeze mnie śniadanie na sobie.
- A co mam powiedzieć? Jasne, smutno mi, że nie zostanę ciocią kogoś, kto dzięki super – atenim genom ma szansę uniknąć bycia totalną amebom, po moim braciszku. Chociaż może nawet wielgaśny mózg Annabeth nie uratowałby takiego dziecka – celowo przez cały czas używałam trybu przypuszczającego. Marica nie poprawiła mnie, co mogło oznaczać tylko jedno. Annarcy była, na razie, bezpieczna.
Chyba, mimo wszystko nie udało mi się ukryć kipiącej we mnie złości, bo Marica skrzyżowała ręce na piersi.
- Nie tylko my czyhalibyśmy na jego życie – poinformowała mnie z wyrzutem, ale i pewną satysfakcją. Zamarłam.
- O, tak. Dokładnie. Wasi wszechmocni i łaskawi bogowie – wycedziła zjadliwie – Też zabiliby to dziecko. Byliby pierwsi. Wyrwaliby płód z łona twojej bratowej razem z jej wnętrznościami i spalili w trójnogu ofiarnym. Na cześć Olimpu, na chwałę Egiptu, na wieczność Asgardu!
Teraz to przeholowała. Jak mogła to powiedzieć?! Jak mogła wykrzyczeć mi takie słowa prosto w twarz...Przecież trójnogi stoją w pawilonie jadalnym, w którym jak sama nazwa wskazuje JEMYYY! Martwe płody i wnętrzności przyjaciółki, nawet w wyobraźni, nie pobudzały apetytu.
- To dziecko zagraża światu jaki znamy, zmieni porządek rzeczy... - ale jej cichy monotonny głos zginął, gdzieś w moich gnających myślach.
Czy przepowiednię znają wszyscy bogowie? Cóż, trzeba przyjąć, że tak. Następne pytanie. Czy mają w sobie dość dobrej woli, zaufania i odwagi, żeby nie zabić bezbronnego niemowlaka, który w przyszłości może stanowić zagrożenie?
Hahahahahahahahahahahahahahahahahaahaahaaahaaaaaahaaaaaaa, a to dobre. Już po Annarcy. Z powyższych odpowiedzi wynika następujące spostrzeżenie. Bogowie uznali jednego z członków mojej rodziny za potencjalne zagrożenie i postanowili nas zniszczyć. Ok, jasne, wszystko się zgadza. Mam tylko jedno pytanie. Co tak późno?
W końcu Percy miał tą swoją przepowiednię, no i strasznie wkurza. No co? Błagam! Przecież nie tylko mnie. Mogli go już, wtedy...aha, to tłumaczy dlaczego ICH jeszcze nie zabito. Nie było rodziców, nie było dziecka. I po sprawie. Ale przecież, nie można od tak sobie zabić zasłużonej pary herosów – córki Ateny, która odnalazła jakiś tam ważny posąg i chłopaka od wielkiej trójki, który nie obrócił olimpu w gruzy, więc w sumie można go uznać za jego wybawcę.
Jednak kto zabroni mieć radzie bogów cichą nadzieję, że młodzi nie przeżyją wojny? Że nie przetrwają kolejnej apokalipsy. W końcu do trzech razy sztuka, nie? Percy...O, bogowie! Dopiero teraz zrozumiałam. Bo skoro bogowie (i Marica) wiedzieli o tej przepowiedni, to czemu nie miał wiedzieć o niej, ktoś kto był nim w połowie...Ktoś kto chciał zrobić, to samo co oni, ale znacznie z innych powodów...
„ Wyrwaliby płód z łona twojej bratowej razem z jej wnętrznościami i spalili w trójnogu ofiarnym.” Wyrwanie wnętrzności równało się śmierci.
Przypomniałam sobie chwile, już po tym jak Percy przestał żądać aborcji, kiedy Annabeth mówiła o czasach, gdy Annarcy będzie już na świecie. Najpierw wyglądał na równie szczęśliwego, co ona, ale zawsze chwilę później z jego uśmiechu znikała szczerość, a oczy nabierały dziwnego wyrazu. To właśnie przez ten wzrok nie mogłam mu wybaczyć, zawsze uważając, że to kolejny przejaw jego niechęci do posiadania dziecka. Do porzucenia nienarodzonego maleństwa.
Dopiero teraz zrozumiałam to nieokreślone spojrzenie i przypomniałam, że widywałam je już wcześniej, ale zaślepiona złością zupełnie o tym zapomniałam.
Tak samo patrzył na mnie, kiedy wrzeszczałam na mamę, co zdarzyło się kilka razy, za to, że mnie zostawiła, a ona tylko w milczeniu wysłuchiwała moich oskarżeń. Tak właśnie mój brat patrzył na, jak ktoś kogo kocha niszczy inną osobę, którą kocha równie mocno... W tym momencie byłam w stanie wybaczyć wszystko Percy'emu. Ale czując lód w moich żyłach, który nie znikł stamtąd od czasu mojego koszmaru, podpowiadał mi, że mogę nie mieć już okazji, żeby mu to powiedzieć...
W ciąż nie wiedziałam, dlaczego Annarcy jeszcze żyła? Czy nikt nie dowiedział się ojej istnieniu? Ani bogowie ani „ci źli”? A może ktoś czuwał nad nią, ktoś potężny kochał ją równie mocno jak my...
Posejdon. Poczułam, że się uśmiecham. Może był beznadziejnym ojcem, ale jako dziadek sprawował się...
- Dobrze się czujesz? - w głosie Marici pobrzmiewała nutka strachu. Hmmm...właśnie opowiadała mi o tym, że chce popełnić dzieciobójstwo, a ja nadal szeroko szczerzyłam zęby...
- Jest...ok.
- W takim razie chciałabym ci kogoś przedstawić – mówiła już normalnie, choć nadal przyglądała mi się niepewnie – Można powiedzieć, że ma podobną historie do ciebie, pewnie się dogadacie...
Usłyszałam śmiech dobiegający zza moich pleców. Znajomy.
- Po co te ceregiele, Marico? - tak, ten głos znałam na sto procent.
- Jak leci, Lena? - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, kiedy skierowałam powoli głowę w jego stronę.
Nigdy nie żałowałam, że w misji ratowania, Luke'a Castellana odniosłam sukces. Aż do dziś.
… Wiatr z niesamowitą siłą uderzał o namioty w obozie. Powiewały też, długie do łopatek, czarne włosy dziewczyny, po raz setny przeszkadzając jej w odczytaniu po raz setny karteczki.
Po raz setny rzuciła ją na ziemię i ze złością wgniotła w ziemię. Jedno było pocieszające. Karteczka po tych stu razach była w takim stanie, że nie było szans na sto kolejnych. Na sto kolejnych, lecz za każdym razem tak samo irytujących: „Na pewno nie poszłam być szpiegiem, a już na pewno nie w obozie wroga. 007 P.S. Nawet nie myślcie, że to Lena Jackson”.
- Chrzanieni masochiści – po raz setny tego dnia warknęła Lissa Hariri.
- Lena...może po prostu oszczędzę wszystkie masarnie świata zamiast twojej rodziny? - zaproponowała Marica z rozbawieniem przyglądając się mojemu obżarstwu/spełnieniu podstawowych potrzeb fizjologicznych (skreślić niepotrzebne). Przełknęłam mieszaninę mięsa, jajka i grzanki, chwilę nacieszyłam się ich cudownym posmakiem i zdałam sobie sprawę, że może jednak wypadałoby, by ją wyprowadzić z błędu albo przynajmniej wprowadzić ją w błąd, że popełniła błąd. Nabrałam powietrza w płuca, unosząc przy tym serdeczny palec do góry...
- W masarniach robi się mięso, tak? - upewniłam się. Zobaczywszy wyraz jej twarz, mówiący o tym, że nie do końca wie, czy śmiać się czy płakać, przez chwilę byłam sobie w stanie wyobrazić, że nadal jest tą samą dwunastolatką, która patrzy na mnie podobnie zza niedopasowanych, bo zsuwających się aż na czubek nosa, okrągłych okularów. Z trudem upomniałam się, że to nie ona. To nie jest Marica, tylko pusty manekin w rękach Chaosu, mający jedynie jej twarz. Jednak ciężko było mi mieć niezachwianą pewność, kiedy po głowie w ciąż kołatało się to samo pytanie, nie dające mi spokoju, nawet na chwilę: skoro tak, to czemu mnie jeszcze nie zabiła?
- Kusząca propozycja – uznałam – Ale skoro już zostałam półboskim Anakinem Skylwakerem, to chciałabym mieć jakieś powody.
Uśmiechnęła się, a w jej oczach pojawiły się przekorne ogniki.
- Władza, bogactwo, cały świat u twych stóp...Jest wiele powodów, Lena. Możesz w nich przebierać dowolnie – zauważyła.
- Szlachetne powody – poprawiłam – Ochrona rodziny i przyjaciół wypada, w każdym razie według społeczeństwa, wyżej w rankingu ….yyy, to znaczy wypadałaby wyżej gdyby taki istniał, niż obrona bekonu..chociaż może niewiele wyżej – dodałam po chwili namysłu z nadzieją. Parsknęła śmiechem, ale jakby wymuszonym. Chyba łatwiej by jej było przystać na ocalenie dla mnie kilkunastu kilogramów mięsa niż moich bliskich. Ta myśl przypomniała mi o czymś.
- Annabeth – wyrwało mi się zanim zdążyłam ugryźć się w język. Marica wsparła podbródek na splecionych dłoniach, ale nic nie powiedziała. Czekała na mój kolejny ruch. Zdążyłam zadźgać widelcem kilka steków i zmienić je w nieokreśloną papkę, aż w końcu wzięłam głębszy wdech i zapytałam:
- O co z nią chodzi? Dlaczego właśnie ją chcecie zabić...?
- Chcemy – poprawiła mnie łagodnie – Teraz jesteś z nami, Lena.
Jej uśmiech pełen satysfakcji wyraźnie miał mi zakomunikować, że bardzo się cieszy, że nie będzie musiała sama przyglądać się destrukcji świata. Takie chwilę przecież trzeba dzielić z najlepszą przyjaciółką!
- Jeszcze nie – zaoponowałam chłodno – Najpierw wyjaśnienia. O co ci chodzi z Annabeth? Uśmiechnęła się słabo.
- Nie, Annabeth, tylko...jej dziecko. A konkretnie, syn lub córka twojego brata, urodzone przez nią. To właśnie ich potomek...nie ma prawa powstać.
W takich momentach, moich drodzy, jak ten, nie zważając powinniśmy zakasać rękawy i najskuteczniejszymi, znanymi od zarania dziejów metodami wyperswadować, choćby krzywe przycięcie złocistych loczków mojej Annarcy. Jednak wystarczała chwila zawahania, żebym się powstrzymała. „Nie ma prawa powstać”. A Annarcy, jak najbardziej, powstała, więc słowa Marici zabrzmiały zupełnie tak jakby...dziewczyna o tym nie wiedziała.
- Lena? - musiałam się porządnie zamyślić i tym samym zaniepokoić ją. Taki stan mógł oznaczać u mnie poważne choroby rozdwojenia jaźni lub zaniku osobowości.
- Hm? - wepchnęłam w siebie ostatnie jajko, żeby chwilowo uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzi.
- Powiedz coś – poprosiła, szybko dodając – Ale najpierw przełknij. Uwierz mi, już parę razy widziałam jak jednocześnie próbujesz jeść i mówić, i wolałabym już tego nigdy nie oglądać. Ani nie być w...bezpośredni kontakcie – wzdrygnęła się.
Z trudem powstrzymałam się od splunięcia Marice w twarz jajkiem jednocześnie z głośnym „Ej! Wcale nie pluję jak jem!”, ale nie wiedziałam w jakim stopniu Chaos opanował jej duszę oraz na ile toleruje przeżute przeze mnie śniadanie na sobie.
- A co mam powiedzieć? Jasne, smutno mi, że nie zostanę ciocią kogoś, kto dzięki super – atenim genom ma szansę uniknąć bycia totalną amebom, po moim braciszku. Chociaż może nawet wielgaśny mózg Annabeth nie uratowałby takiego dziecka – celowo przez cały czas używałam trybu przypuszczającego. Marica nie poprawiła mnie, co mogło oznaczać tylko jedno. Annarcy była, na razie, bezpieczna.
Chyba, mimo wszystko nie udało mi się ukryć kipiącej we mnie złości, bo Marica skrzyżowała ręce na piersi.
- Nie tylko my czyhalibyśmy na jego życie – poinformowała mnie z wyrzutem, ale i pewną satysfakcją. Zamarłam.
- O, tak. Dokładnie. Wasi wszechmocni i łaskawi bogowie – wycedziła zjadliwie – Też zabiliby to dziecko. Byliby pierwsi. Wyrwaliby płód z łona twojej bratowej razem z jej wnętrznościami i spalili w trójnogu ofiarnym. Na cześć Olimpu, na chwałę Egiptu, na wieczność Asgardu!
Teraz to przeholowała. Jak mogła to powiedzieć?! Jak mogła wykrzyczeć mi takie słowa prosto w twarz...Przecież trójnogi stoją w pawilonie jadalnym, w którym jak sama nazwa wskazuje JEMYYY! Martwe płody i wnętrzności przyjaciółki, nawet w wyobraźni, nie pobudzały apetytu.
- To dziecko zagraża światu jaki znamy, zmieni porządek rzeczy... - ale jej cichy monotonny głos zginął, gdzieś w moich gnających myślach.
Czy przepowiednię znają wszyscy bogowie? Cóż, trzeba przyjąć, że tak. Następne pytanie. Czy mają w sobie dość dobrej woli, zaufania i odwagi, żeby nie zabić bezbronnego niemowlaka, który w przyszłości może stanowić zagrożenie?
Hahahahahahahahahahahahahahahahahaahaahaaahaaaaaahaaaaaaa, a to dobre. Już po Annarcy. Z powyższych odpowiedzi wynika następujące spostrzeżenie. Bogowie uznali jednego z członków mojej rodziny za potencjalne zagrożenie i postanowili nas zniszczyć. Ok, jasne, wszystko się zgadza. Mam tylko jedno pytanie. Co tak późno?
W końcu Percy miał tą swoją przepowiednię, no i strasznie wkurza. No co? Błagam! Przecież nie tylko mnie. Mogli go już, wtedy...aha, to tłumaczy dlaczego ICH jeszcze nie zabito. Nie było rodziców, nie było dziecka. I po sprawie. Ale przecież, nie można od tak sobie zabić zasłużonej pary herosów – córki Ateny, która odnalazła jakiś tam ważny posąg i chłopaka od wielkiej trójki, który nie obrócił olimpu w gruzy, więc w sumie można go uznać za jego wybawcę.
Jednak kto zabroni mieć radzie bogów cichą nadzieję, że młodzi nie przeżyją wojny? Że nie przetrwają kolejnej apokalipsy. W końcu do trzech razy sztuka, nie? Percy...O, bogowie! Dopiero teraz zrozumiałam. Bo skoro bogowie (i Marica) wiedzieli o tej przepowiedni, to czemu nie miał wiedzieć o niej, ktoś kto był nim w połowie...Ktoś kto chciał zrobić, to samo co oni, ale znacznie z innych powodów...
„ Wyrwaliby płód z łona twojej bratowej razem z jej wnętrznościami i spalili w trójnogu ofiarnym.” Wyrwanie wnętrzności równało się śmierci.
Przypomniałam sobie chwile, już po tym jak Percy przestał żądać aborcji, kiedy Annabeth mówiła o czasach, gdy Annarcy będzie już na świecie. Najpierw wyglądał na równie szczęśliwego, co ona, ale zawsze chwilę później z jego uśmiechu znikała szczerość, a oczy nabierały dziwnego wyrazu. To właśnie przez ten wzrok nie mogłam mu wybaczyć, zawsze uważając, że to kolejny przejaw jego niechęci do posiadania dziecka. Do porzucenia nienarodzonego maleństwa.
Dopiero teraz zrozumiałam to nieokreślone spojrzenie i przypomniałam, że widywałam je już wcześniej, ale zaślepiona złością zupełnie o tym zapomniałam.
Tak samo patrzył na mnie, kiedy wrzeszczałam na mamę, co zdarzyło się kilka razy, za to, że mnie zostawiła, a ona tylko w milczeniu wysłuchiwała moich oskarżeń. Tak właśnie mój brat patrzył na, jak ktoś kogo kocha niszczy inną osobę, którą kocha równie mocno... W tym momencie byłam w stanie wybaczyć wszystko Percy'emu. Ale czując lód w moich żyłach, który nie znikł stamtąd od czasu mojego koszmaru, podpowiadał mi, że mogę nie mieć już okazji, żeby mu to powiedzieć...
W ciąż nie wiedziałam, dlaczego Annarcy jeszcze żyła? Czy nikt nie dowiedział się ojej istnieniu? Ani bogowie ani „ci źli”? A może ktoś czuwał nad nią, ktoś potężny kochał ją równie mocno jak my...
Posejdon. Poczułam, że się uśmiecham. Może był beznadziejnym ojcem, ale jako dziadek sprawował się...
- Dobrze się czujesz? - w głosie Marici pobrzmiewała nutka strachu. Hmmm...właśnie opowiadała mi o tym, że chce popełnić dzieciobójstwo, a ja nadal szeroko szczerzyłam zęby...
- Jest...ok.
- W takim razie chciałabym ci kogoś przedstawić – mówiła już normalnie, choć nadal przyglądała mi się niepewnie – Można powiedzieć, że ma podobną historie do ciebie, pewnie się dogadacie...
Usłyszałam śmiech dobiegający zza moich pleców. Znajomy.
- Po co te ceregiele, Marico? - tak, ten głos znałam na sto procent.
- Jak leci, Lena? - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, kiedy skierowałam powoli głowę w jego stronę.
Nigdy nie żałowałam, że w misji ratowania, Luke'a Castellana odniosłam sukces. Aż do dziś.
… Wiatr z niesamowitą siłą uderzał o namioty w obozie. Powiewały też, długie do łopatek, czarne włosy dziewczyny, po raz setny przeszkadzając jej w odczytaniu po raz setny karteczki.
Po raz setny rzuciła ją na ziemię i ze złością wgniotła w ziemię. Jedno było pocieszające. Karteczka po tych stu razach była w takim stanie, że nie było szans na sto kolejnych. Na sto kolejnych, lecz za każdym razem tak samo irytujących: „Na pewno nie poszłam być szpiegiem, a już na pewno nie w obozie wroga. 007 P.S. Nawet nie myślcie, że to Lena Jackson”.
- Chrzanieni masochiści – po raz setny tego dnia warknęła Lissa Hariri.
piątek, 15 kwietnia 2016
Rozdział XV - perspektywa Toma
Zabawne, gdy pytasz się najmądrzejszą osobę jaką w życiu spotkałeś, czym właściwie jest kolosalnych rozmiarów biblioteka po której chodzimy i nawet ona nie umie ci tego do końca wyjaśnić. A jednak..wiecie, co? Nie. Zmieniłem zdanie. To nie jest zabawne tylko przerażające.
Błądzenie w nieskończoność wśród wysokich regałów po brzegi wypełnionych zakurzonymi, choć może to nie zabrzmi zbyt groźnie, napełniało mnie strachem. Wrażenie błądzenia i uczucie klaustrofobii sprawiało, że miałem ochotę rzucić jakąś klątwę na wszystkie bibliotekarki świata.
Dodatkowy półmrok panujący w tym miejscu - zdającym się nie mieć końca – rozświetlany jedynie przez tajemniczą, zielonkawą poświatę powodował gęsią skórkę. Ale strach, spowodowany byciem tu, był niczym w porównaniu z tym, który odczuwałem za każdym razem na myśl, co zrobi Lissa, kiedy wrócę. Podsumowując: a)zniknąłem w środku nocy nie zostawiając kompletnie żadnej informacji o miejscu i celu mojej podróży, b)narażam swoje życie na misji
c)towarzysząc przy okazji bardzo pięknej kobiecie jaką jest Annabeth, Jeśli zostanę powieszony, a następnie moje ciało poćwiartowane na kawałki, to cóż...będzie można uznać, że miałem sporo szczęścia. Spojrzałem na prowadzącą mnie córkę Ateny. Sprawiała wrażenie jakby wiedziała dokąd zmierzamy, ale jednak...
- Czy w ogóle wiesz jak dojść....Właściwie dokąd my idziemy? Annabeth! Czy wiesz, gdzie chcesz dojść? - wypaliłem. I znowu cisz wzbogacona jedynie miarowym uderzaniem naszych tenisówek o posadzkę.
- Skoro nie umiesz mi nawet powiedzieć, gdzie jesteśmy, to chociaż powiedz mi, gdzie powinniśmy być – rzuciłem z frustracją. Pokręciła niecierpliwie głową.
- Sęk w tym – odparła skręcając w boczny rząd półek – Że nie mam pojęcia.
Już mojej głowie kłębiła się myśl, czy nie warto by było włączyć ją do grona objętych klątwą bibliotekarek, ale dziewczyna jeszcze nie skończyła.
- W każdym razie, nie w ten sposób jaki oczekujesz. Wiem...ale nie umiem ci tego wyjaśnić.
„Tom, skarbie, po prostu jesteś idiotą”.
- Bo nie zrozumiem? - spytałem z rezygnacją.
- Nie! - zaprzeczyła trochę za szybko, żebym poczuł się w pełni usatysfakcjonowany – Po prostu JA tego nie rozumiem.
Ta rozmowa robiła się coraz dziwniejsza. Szarobiała mgła przypominająca dym, która już od czasu pojawienia się kilka minut temu gęstniała zaczęła nas powoli otaczać.
- Yyy...Annabeth.. - ale nie musiałem zwracać jej uwagi, sama ją zauważyła. Odwróciła się w moją stronę ułamek sekundy przed tym jak mgła, transportowała nas w zupełnie inne miejsce.
Znajdowaliśmy się teraz w ogromnej czarnej sali. Na przeciwko nas, po łuku, ustawione były kolosalnych rozmiarów...bujane fotele.
- Czy my właśnie trafiliśmy do piekła? - przysłoniłem usta ręką i przechyliłem się lekko w jej stronę.
- Czemu tak twierdzisz? - odpowiedziała mi pytaniem na pytanie, w bardzo podobny sposób jak ja przed chwilą. Oboje szeptaliśmy jakby wyczuwając grozę tego miejsca.
Niestety nie zdążyłem wyjaśnić jej, że moherland to istna definicja piekła, bo w tym samym momencie na swoich miejscach pojawiło się dopełnienie koszmaru razy trzy, w postaci pomarszczonych staruszek. Co ciekawe były normalnych rozmiarów, to znaczy nieadekwatnych do ich bujanych siedzisk. To zjawisko przywodziło mi na myśl trzyletnią Lenę, która uparłwszy się, że nie będzie siedzieć na nocniku, załatwiała się do muszli (za każdym razem, kiedy do niej nie wpadała, oczekiwała ode mnie i matki burzy oklasków). Proporcje między krzesłem a staruszkami były podobne jak mojej przyszywanej siostry i toalety, a ja właśnie sobie uświadomiłem, że chyba nie powinienem się z wami dzielić tym wspomnieniem... Że widziałem moją siostrę na klozecie i, że ona tak naprawdę nie jest moją siostrą.
Zapomnijcie.
Dopiero teraz w pełni uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie jesteśmy spokrewnieni i właściwie moglibyśmy być...nie, dobra, lepiej o tym nie myśleć...
- Annabeth Chase – zaskrzeczała pierwsza od lewej staruszka – Wiedziałyśmy, że się wkrótce zjawisz. Czym sobie zasłużyłyśmy na zaszczyt, jakim jest spotkanie twarzą w twarz, z sławną córką Ateny, tą która odnalazła Atenę Panteros? Wyjaw nam powód swej wizyty, śmiało.
- Powinniście znać odpowiedź na to pytanie. Podobnie jak na każde inne – odparowała. Chociaż jej głos nadal był grzeczny i spokojny, coś w jej pozie świadczyło o skrywanej dumie i pewności siebie, i tego, że nie boi się dostać torebką po głowie. Albo, żeby jej nić życia została przerwana.
Środkowa mojra, zorientowałem się kim są babcie, potrząsnęła głową. Jej bezzębne usta były rozwarte, przy oczach pojawiły się zmarszczki – oczywiście dodatkowe oprócz tych tysięcy, które już były tam wcześniej. Wyglądało to jak parodia śmiechu, bezdźwięcznego i bardzo upiornego.
- Słuszna uwaga, córko Ateny. My to wiemy. Podobnie, jak słusznie sama zauważyłaś, inne sekrety twojej duszy i umysłu – wskazała na nią długim, wyglądającym jak coś co dawno zdechło placem, zupełnie jakby próbowała dźgnąć ją nim oskarżycielsko, mimo odległość – Pytanie brzmi: czy ty wiesz po co to przybyłaś, Annabeth Chase.
Myślałem, że za chwilę powie coś w stylu: Wybieram telefon do przyjaciela albo Skorzystam z pół na pół.
Tymczasem dziewczyna drgnęła.
- Może znacie, pani, moje najskrytsze tajemnice, ale z tego, co widzę mniej orientujecie się w dokumentach – stwierdziła oschle – Już nie jestem Annabeth Chase. Przeoczyłyście, że wyszłam za mąż. Teraz jestem Jackson – zamyśliła się chwilę – A właściwie Chase – Jackson.
Wymieniły znaczące spojrzenia – w każdym razie – tak mi się wydawało. W końcu przemówiła ta siedząca z lewej, znowu: - A więc dobrze, oblubienico Perseusza Jacksona, nadal nie wyjawiłaś nam, czego pragniesz.
- Wiedzy – wypowiadając to jedne, krótkie słowo Annabeth uniosła głowę z godnością, a ja poczułem, że nie chodzi tu o jakąś zwykłą wiedzę, tylko o coś znacznie ważniejszego. Znacznie bardziej niebezpiecznego.
Środkowa przechyliła głowę z namysłem i powiedziała (doprawdy, chyba ustaliły sobie kolejność irytująco proroczych oraz nie zrozumiałych przemów):
- Spełnimy twoje żądanie, Annabeth Chase. Jackson.
Dziewczyna osłupiała.
- Naprawdę? - podejrzliwie zmarszczyła brwi – Tak...bez żadnych konsekwencji? Ofiary? Poświęceń? Haczyków?
-Masz rację, myśląc, że każda nasz usługa ma swoją cenę – stwierdziła – Za zysk się płaci. Ale, co jeśli, to czego chcesz wcale nie jest nagrodą? Mówisz o konsekwencjach, tego czynu, ale co jeżeli on sam w sobie nią będzie? Jeżeli skutki naszego daru zniszczą twoją duszę? Wam, dzieciom Ateny, tak łatwo zapomnieć, że wiedza często bywa brzemieniem. Annabeth zmrużyła oczy, ale milczała. Najwyraźniej rozważała słowa mojry. Zastanowiło mnie, czy córka Ateny pomyślała o tym samym, co ja. O milionach śmiertelników żyjących w błogiej niewiedzy na temat zbliżającej się apokalipsy. Śmiertelników tysiąc razy szczęśliwszych niż herosi i magowie.
- Jednak nie zmienię zdania. Zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa – głos Annabeth przerwał ciszę i potoczył się echem po sali – Ale muszę...dla mojej rodziny, przyjaciół. Dla wszystkich.
Zrobiła kilka wolnych i niewielkich, ale zdecydowanych kroków w stronę bujanych krzeseł...które już nie były sobą, lecz monumentalnymi, kamiennymi tronami. Kobiety równocześnie otworzyły usta, ich synchronizacja z każdym momentem robiła się coraz bardziej przerażająca, z których buchnęła gęsta, ciemnozielona mgła. I powoli zaczynała pełznąć po posadce w kierunku Annabeth, a choć ja bym dawno uciekł z wrzaskiem, to ona nawet się nie cofnęła. Stała spokojnie, nieruchomo, z rękami luźno opuszczonymi wzdłuż tułowia. Ja również stanąłem nieruchomo, zamiast coś zrobić, zareagować. Nie zrobiłem kompletnie nic, zanim było już za późno.
Rzuciłem się ku niej, gdy wydała z siebie pierwszy okrzyk.
- Annabeth!!! - jakieś trzy metry od miejsca, w którym stała zatrzymała mnie niewidzialna ściana. Patrzyłem jak mgła wzbija się coraz wyżej, niemal całkowicie zasłaniając uwolnioną postać. Jedynie jej krzyk, utwierdzała mnie w przekonaniu, że nadal tam jest. Nie wiadomo w jakim stanie, ale jest. Nie przestawałem łomotać z rozpaczą w niewidzialną przeszkodę.
- Tomie Morel – odwróciłem się powoli słysząc niski, gardłowy głos – Synu Zeusa...bracie.
Patrzyłem na wysokiego mężczyznę w rzymskiej zbroi. A właściwie..jego ożywiony szkielet. Za nim stała milcząca armia duchów, mierząc mnie posępnym spojrzeniem. Rzymska kohorta nieumarłych.
- Chwyć miecz i stań ze swoim przeznaczeniem, greku – rzekł Juliusz Cezar trzymając ostrze gladiusa na moim gardle.
…
Jeśli ktoś mnie zapyta o jakiś logiczny powód mojej walki z żywą legendą (to znaczy martwą, ale w sumie żywą...och, wiecie, co mam na myśli) albo o jakieś sensowne uczucia, to nie będę wiedział, co odpowiedzieć. Miecz podany mi przez jednego z legionistów ciążył niesamowicie, wszystkie zmysły były przyćmione. Czułem się jak otumaniony. Dopóki mężczyzna nie zamachnął się na mnie z całej siły. Z trudem przyjąłem cios. Wiedziałem, że mam beznadziejną gardę i za mały biceps, żeby z nim wygrać. Nie jestem szermierzem, tylko łucznikiem.
Ten argument jednak nie powstrzyma Cezara przed zabiciem mnie.
Natarł na mnie kolejny raz. Naciskając, tym razem z jeszcze większą siłą. Wszystko rozmyło się. Widziałem już tylko Jej twarz. Gładką, opaloną skórę mocno kontrastującą z jasnymi oczami. Chwilę potem zmieniła się. Niewiele, ale jednak – to już nie była moja Lissa. Jej szyja była spowita kamieniami szlachetnymi. Kleopatra. Nasze wspomnienia mieszały się. Moje i jego.
Ścigamy się na rowerach ulicami miasta. Jest na prowadzeniu, jej czarne włosy falują na wietrze. Ogląda się na mnie przez ramię. Jej oczy są barwy nefrytu, nie nilu jak zawsze. Teraz jest już sobą. Czuję delikatne dłonie na piersi.
- Juliuszu.
Wszystko kończy się w rozbłysku złota.
Nie wiem do końca jak ciąłem go w nogę i z wrzaskiem wściekłości cisnąłem mieczem o ścianę. Rozległ się trzask i po chwili mgła rozwiała się, legion zniknął. Podobnie jak jego dowódca. Podobnie jak trony.
Zostałem tylko ja i Annabeth. Dziewczyna popatrzyła na mnie nieprzytomnym spojrzeniem, a następnie zachwiała.
Chwyciłem ją tuż nad ziemią.
Zostałem, sam, w całkowitych ciemnościach, z nieprzytomną Annabeth w ramionach.
Błądzenie w nieskończoność wśród wysokich regałów po brzegi wypełnionych zakurzonymi, choć może to nie zabrzmi zbyt groźnie, napełniało mnie strachem. Wrażenie błądzenia i uczucie klaustrofobii sprawiało, że miałem ochotę rzucić jakąś klątwę na wszystkie bibliotekarki świata.
Dodatkowy półmrok panujący w tym miejscu - zdającym się nie mieć końca – rozświetlany jedynie przez tajemniczą, zielonkawą poświatę powodował gęsią skórkę. Ale strach, spowodowany byciem tu, był niczym w porównaniu z tym, który odczuwałem za każdym razem na myśl, co zrobi Lissa, kiedy wrócę. Podsumowując: a)zniknąłem w środku nocy nie zostawiając kompletnie żadnej informacji o miejscu i celu mojej podróży, b)narażam swoje życie na misji
c)towarzysząc przy okazji bardzo pięknej kobiecie jaką jest Annabeth, Jeśli zostanę powieszony, a następnie moje ciało poćwiartowane na kawałki, to cóż...będzie można uznać, że miałem sporo szczęścia. Spojrzałem na prowadzącą mnie córkę Ateny. Sprawiała wrażenie jakby wiedziała dokąd zmierzamy, ale jednak...
- Czy w ogóle wiesz jak dojść....Właściwie dokąd my idziemy? Annabeth! Czy wiesz, gdzie chcesz dojść? - wypaliłem. I znowu cisz wzbogacona jedynie miarowym uderzaniem naszych tenisówek o posadzkę.
- Skoro nie umiesz mi nawet powiedzieć, gdzie jesteśmy, to chociaż powiedz mi, gdzie powinniśmy być – rzuciłem z frustracją. Pokręciła niecierpliwie głową.
- Sęk w tym – odparła skręcając w boczny rząd półek – Że nie mam pojęcia.
Już mojej głowie kłębiła się myśl, czy nie warto by było włączyć ją do grona objętych klątwą bibliotekarek, ale dziewczyna jeszcze nie skończyła.
- W każdym razie, nie w ten sposób jaki oczekujesz. Wiem...ale nie umiem ci tego wyjaśnić.
„Tom, skarbie, po prostu jesteś idiotą”.
- Bo nie zrozumiem? - spytałem z rezygnacją.
- Nie! - zaprzeczyła trochę za szybko, żebym poczuł się w pełni usatysfakcjonowany – Po prostu JA tego nie rozumiem.
Ta rozmowa robiła się coraz dziwniejsza. Szarobiała mgła przypominająca dym, która już od czasu pojawienia się kilka minut temu gęstniała zaczęła nas powoli otaczać.
- Yyy...Annabeth.. - ale nie musiałem zwracać jej uwagi, sama ją zauważyła. Odwróciła się w moją stronę ułamek sekundy przed tym jak mgła, transportowała nas w zupełnie inne miejsce.
Znajdowaliśmy się teraz w ogromnej czarnej sali. Na przeciwko nas, po łuku, ustawione były kolosalnych rozmiarów...bujane fotele.
- Czy my właśnie trafiliśmy do piekła? - przysłoniłem usta ręką i przechyliłem się lekko w jej stronę.
- Czemu tak twierdzisz? - odpowiedziała mi pytaniem na pytanie, w bardzo podobny sposób jak ja przed chwilą. Oboje szeptaliśmy jakby wyczuwając grozę tego miejsca.
Niestety nie zdążyłem wyjaśnić jej, że moherland to istna definicja piekła, bo w tym samym momencie na swoich miejscach pojawiło się dopełnienie koszmaru razy trzy, w postaci pomarszczonych staruszek. Co ciekawe były normalnych rozmiarów, to znaczy nieadekwatnych do ich bujanych siedzisk. To zjawisko przywodziło mi na myśl trzyletnią Lenę, która uparłwszy się, że nie będzie siedzieć na nocniku, załatwiała się do muszli (za każdym razem, kiedy do niej nie wpadała, oczekiwała ode mnie i matki burzy oklasków). Proporcje między krzesłem a staruszkami były podobne jak mojej przyszywanej siostry i toalety, a ja właśnie sobie uświadomiłem, że chyba nie powinienem się z wami dzielić tym wspomnieniem... Że widziałem moją siostrę na klozecie i, że ona tak naprawdę nie jest moją siostrą.
Zapomnijcie.
Dopiero teraz w pełni uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie jesteśmy spokrewnieni i właściwie moglibyśmy być...nie, dobra, lepiej o tym nie myśleć...
- Annabeth Chase – zaskrzeczała pierwsza od lewej staruszka – Wiedziałyśmy, że się wkrótce zjawisz. Czym sobie zasłużyłyśmy na zaszczyt, jakim jest spotkanie twarzą w twarz, z sławną córką Ateny, tą która odnalazła Atenę Panteros? Wyjaw nam powód swej wizyty, śmiało.
- Powinniście znać odpowiedź na to pytanie. Podobnie jak na każde inne – odparowała. Chociaż jej głos nadal był grzeczny i spokojny, coś w jej pozie świadczyło o skrywanej dumie i pewności siebie, i tego, że nie boi się dostać torebką po głowie. Albo, żeby jej nić życia została przerwana.
Środkowa mojra, zorientowałem się kim są babcie, potrząsnęła głową. Jej bezzębne usta były rozwarte, przy oczach pojawiły się zmarszczki – oczywiście dodatkowe oprócz tych tysięcy, które już były tam wcześniej. Wyglądało to jak parodia śmiechu, bezdźwięcznego i bardzo upiornego.
- Słuszna uwaga, córko Ateny. My to wiemy. Podobnie, jak słusznie sama zauważyłaś, inne sekrety twojej duszy i umysłu – wskazała na nią długim, wyglądającym jak coś co dawno zdechło placem, zupełnie jakby próbowała dźgnąć ją nim oskarżycielsko, mimo odległość – Pytanie brzmi: czy ty wiesz po co to przybyłaś, Annabeth Chase.
Myślałem, że za chwilę powie coś w stylu: Wybieram telefon do przyjaciela albo Skorzystam z pół na pół.
Tymczasem dziewczyna drgnęła.
- Może znacie, pani, moje najskrytsze tajemnice, ale z tego, co widzę mniej orientujecie się w dokumentach – stwierdziła oschle – Już nie jestem Annabeth Chase. Przeoczyłyście, że wyszłam za mąż. Teraz jestem Jackson – zamyśliła się chwilę – A właściwie Chase – Jackson.
Wymieniły znaczące spojrzenia – w każdym razie – tak mi się wydawało. W końcu przemówiła ta siedząca z lewej, znowu: - A więc dobrze, oblubienico Perseusza Jacksona, nadal nie wyjawiłaś nam, czego pragniesz.
- Wiedzy – wypowiadając to jedne, krótkie słowo Annabeth uniosła głowę z godnością, a ja poczułem, że nie chodzi tu o jakąś zwykłą wiedzę, tylko o coś znacznie ważniejszego. Znacznie bardziej niebezpiecznego.
Środkowa przechyliła głowę z namysłem i powiedziała (doprawdy, chyba ustaliły sobie kolejność irytująco proroczych oraz nie zrozumiałych przemów):
- Spełnimy twoje żądanie, Annabeth Chase. Jackson.
Dziewczyna osłupiała.
- Naprawdę? - podejrzliwie zmarszczyła brwi – Tak...bez żadnych konsekwencji? Ofiary? Poświęceń? Haczyków?
-Masz rację, myśląc, że każda nasz usługa ma swoją cenę – stwierdziła – Za zysk się płaci. Ale, co jeśli, to czego chcesz wcale nie jest nagrodą? Mówisz o konsekwencjach, tego czynu, ale co jeżeli on sam w sobie nią będzie? Jeżeli skutki naszego daru zniszczą twoją duszę? Wam, dzieciom Ateny, tak łatwo zapomnieć, że wiedza często bywa brzemieniem. Annabeth zmrużyła oczy, ale milczała. Najwyraźniej rozważała słowa mojry. Zastanowiło mnie, czy córka Ateny pomyślała o tym samym, co ja. O milionach śmiertelników żyjących w błogiej niewiedzy na temat zbliżającej się apokalipsy. Śmiertelników tysiąc razy szczęśliwszych niż herosi i magowie.
- Jednak nie zmienię zdania. Zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa – głos Annabeth przerwał ciszę i potoczył się echem po sali – Ale muszę...dla mojej rodziny, przyjaciół. Dla wszystkich.
Zrobiła kilka wolnych i niewielkich, ale zdecydowanych kroków w stronę bujanych krzeseł...które już nie były sobą, lecz monumentalnymi, kamiennymi tronami. Kobiety równocześnie otworzyły usta, ich synchronizacja z każdym momentem robiła się coraz bardziej przerażająca, z których buchnęła gęsta, ciemnozielona mgła. I powoli zaczynała pełznąć po posadce w kierunku Annabeth, a choć ja bym dawno uciekł z wrzaskiem, to ona nawet się nie cofnęła. Stała spokojnie, nieruchomo, z rękami luźno opuszczonymi wzdłuż tułowia. Ja również stanąłem nieruchomo, zamiast coś zrobić, zareagować. Nie zrobiłem kompletnie nic, zanim było już za późno.
Rzuciłem się ku niej, gdy wydała z siebie pierwszy okrzyk.
- Annabeth!!! - jakieś trzy metry od miejsca, w którym stała zatrzymała mnie niewidzialna ściana. Patrzyłem jak mgła wzbija się coraz wyżej, niemal całkowicie zasłaniając uwolnioną postać. Jedynie jej krzyk, utwierdzała mnie w przekonaniu, że nadal tam jest. Nie wiadomo w jakim stanie, ale jest. Nie przestawałem łomotać z rozpaczą w niewidzialną przeszkodę.
- Tomie Morel – odwróciłem się powoli słysząc niski, gardłowy głos – Synu Zeusa...bracie.
Patrzyłem na wysokiego mężczyznę w rzymskiej zbroi. A właściwie..jego ożywiony szkielet. Za nim stała milcząca armia duchów, mierząc mnie posępnym spojrzeniem. Rzymska kohorta nieumarłych.
- Chwyć miecz i stań ze swoim przeznaczeniem, greku – rzekł Juliusz Cezar trzymając ostrze gladiusa na moim gardle.
…
Jeśli ktoś mnie zapyta o jakiś logiczny powód mojej walki z żywą legendą (to znaczy martwą, ale w sumie żywą...och, wiecie, co mam na myśli) albo o jakieś sensowne uczucia, to nie będę wiedział, co odpowiedzieć. Miecz podany mi przez jednego z legionistów ciążył niesamowicie, wszystkie zmysły były przyćmione. Czułem się jak otumaniony. Dopóki mężczyzna nie zamachnął się na mnie z całej siły. Z trudem przyjąłem cios. Wiedziałem, że mam beznadziejną gardę i za mały biceps, żeby z nim wygrać. Nie jestem szermierzem, tylko łucznikiem.
Ten argument jednak nie powstrzyma Cezara przed zabiciem mnie.
Natarł na mnie kolejny raz. Naciskając, tym razem z jeszcze większą siłą. Wszystko rozmyło się. Widziałem już tylko Jej twarz. Gładką, opaloną skórę mocno kontrastującą z jasnymi oczami. Chwilę potem zmieniła się. Niewiele, ale jednak – to już nie była moja Lissa. Jej szyja była spowita kamieniami szlachetnymi. Kleopatra. Nasze wspomnienia mieszały się. Moje i jego.
Ścigamy się na rowerach ulicami miasta. Jest na prowadzeniu, jej czarne włosy falują na wietrze. Ogląda się na mnie przez ramię. Jej oczy są barwy nefrytu, nie nilu jak zawsze. Teraz jest już sobą. Czuję delikatne dłonie na piersi.
- Juliuszu.
Wszystko kończy się w rozbłysku złota.
Nie wiem do końca jak ciąłem go w nogę i z wrzaskiem wściekłości cisnąłem mieczem o ścianę. Rozległ się trzask i po chwili mgła rozwiała się, legion zniknął. Podobnie jak jego dowódca. Podobnie jak trony.
Zostałem tylko ja i Annabeth. Dziewczyna popatrzyła na mnie nieprzytomnym spojrzeniem, a następnie zachwiała.
Chwyciłem ją tuż nad ziemią.
Zostałem, sam, w całkowitych ciemnościach, z nieprzytomną Annabeth w ramionach.
piątek, 8 kwietnia 2016
Przepraszam i..zapraszam
Rozdział pokaże się do końca tygodnia, a tymczasem zapraszam na pierwszy rozdział na moim drugim blogu :)
piątek, 1 kwietnia 2016
Subskrybuj:
Posty (Atom)